Koniec
Nie żegnam się, po prostu próbuję podsumować trudne pięć lat w muzyce
A dlaczego ty chłopaku ciągle smutny jesteś,
A dam ja ci tę roślinę i szybko sam zaśniesz.
A pod zielonym wspomnieniem będziesz spokojnie spał,
A na niebieskich marzeniach opiszesz sobie raj.
Odpoczno - Koper
Już grubo ponad rok podsumowuję okres tak obfity w wydarzenia mające wpływ na branżę muzyczną, że tekst w zasadzie powinien był napisać mi się sam. Jestem na przemian wściekły i załamany prawie wszystkim, co się dzieje. Jaka to inspirująca pożywka! Czemu tekst jednak nie chce wystrzelić sam z palców? Czemu ciągle się blokuję? Może to kwestia strachu przed popadnięciem w obłęd i stawianiem się w roli ofiary, przegranego, wyplutego przez system? Może to lęk przed patosem, jaki wyleje się z takiego tekstu?
Trudno jednak mi dostrzec inną ścieżkę w próbach rozmowy o muzyce. Pierwsza połowa lat 20. to okres, w którym wiele procesów w końcu się domknęło. Muzykę (i nie tylko ją) na dobre wyparł kontent (wg badań MIDiA Research, stan na czwarty kwartał 2024 to średnio 7,6 godzin tygodniowo spędzonych w social mediach zdominowanych przez pionowe formaty wideo, a 6,5 na słuchaniu muzyki w aplikacjach streamingowych). Tworzenie solipsystycznych mas odpornych na niuans ma olbrzymie konsekwencje nie tylko polityczne, ale ten proces w olbrzymim stopniu kształtuje samo rozumienie muzyki czy tego, jak może wyglądać kontakt z nią na żywo (czego najmocniej doświadczyły osoby próbujące organizować wydarzenia z muzyką klubową).
Mam jednak wrażenie, że nie da się mówić o muzyce lat 2020-24 bez rozmowy o pandemii, czarnych protestach, rosyjskiej napaści na Ukrainę czy ludobójstwie w Gazie. Obok zmiany głównego formatu obcowania z kulturą, dwie najbardziej kluczowe sprawy to doszczętne wypatroszenie rynku fonograficznego przez aplikacje streamingowe oraz marginalizacja i neutralizacja kultur alternatywnych przez korporacje i fundusze inwestycyjne (skup festiwali i platform). To wszystko przygotowuje grunt pod ai slop i dalsze wymazywanie naszej zdolności do korzystania z wyobraźni.
Nie potrafię więc oddzielić muzyki od sytuacji na świecie. Nie interesują mnie piękne piosenki i słuchanie ich dla przyjemności. Szukam czegoś, co oddałoby mój stan ducha. Chcę słuchać muzyki, która mnie nie usypia, a daje nadzieję, że inny świat jest możliwy. A jeśli nie, to chociaż podsyca ogień niezgody.
Wybrałum dwadzieścia płyt, które są dla mnie ważne i które nie tylko zachwycają mnie muzycznie, ale też w znacznej większości wpisują się w pewien trend. Rzadko kiedy są osobiste lub abstrakcyjne. Najbardziej ostatnio porusza mnie muzyka, która szuka wspólnoty i próbuje budować inny świat, który stoi w opozycji do neoliberalnych praktyk. System bardzo szybko wykształcił sobie narzędzia do utrwalania swojej pozycji. Ta muzyka nie mieści się w na aplikacjach, które nam zaoferowano. Chce być słuchana od deski do deski. Chce, by o niej rozmawiać. By opowiadać sobie o kontekstach, znaczeniach, by próbować zrozumieć, że jest częścią szerszego kulturowego zjawiska.
Przy opisywaniu poniższych tytułów zreflektowałum się, że prawie w każdym akapicie piszę to samo. Walka o tożsamość, walka z homogenizacją kulturową, walka z gentryfikacją, walka o człowieka w kulturze. To jest główny trend, jaki obserwuję w ostatnim okresie przed AI i dlatego tak ważne było dla mnie to podsumowanie. Bo przełom 2024 i 2025 pewnie będzie ważny z perspektywy historycznej. Nie ma już odwrotu, dostaliśmy wizję świata ułożonego przez fundusze inwestycyjne. To świat, który nie rozumie, że muzyka jest nie tylko rozrywką.
Choć utyskuję, że nie powstała muzyka, która w bezpośredni sposób reaguje na to, co dzieje się wokół nas, w trakcie pisania tego tekstu okazało się, że nowy punk jest szerszym zjawiskiem. Punkowe jest grzebanie w historii, punkowe kontynuowanie tradycji, punkowy jest konstruktywny eskapizm do nowych, zbudowanych własnoręcznie światów. Poszukiwany futuryzm i nowatorstwo to dziś nie wyszukana elektronika i technologiczne wizje, a człowiek i jego dobrostan w centrum uwagi.
To moje top 20 płyt z lat 2020-2024, lat zarazy, zaciskania pasa, ludobójstwa, zdrady i utraty nadziei. To płyty, które sprawiają, że dało się jakoś ten czas przeżyć.
20. Kust - Kust (2021)
Kandydatka na najbardziej niedocenianą polską płytę jak nie w historii, to chociaż ostatnich lat. “Celem jest utrzymać rytuał przy życiu, a nie ocalić go od zapomnienia.” pisze zespół na bandcampie, no i forma jaką obrał jest idealna. Brzmi tak, jakby kontynuować mieli go wszyscy lokalni Coilarze, Currenciarze, Lustmordziarze czy inni Neubauteniarze, bo mrok jest konkretny i uniwersalny. Przeszywający chłód metalicznych dronów, samplowany wyjący wiatr i absolutnie przygniatające, monotonne, potężne śpiewy sprawiają, że to jeden z najbardziej wyjątkowych albumów, które szukają nowego języka, by dalej nieść szczątki naszej tożsamości. Nie ma w sieci żadnej recenzji tej płyty i ja też przed jej odsłuchem nie miałum pojęcia czym jest wodzenie kusta, ale minutka w google i już można było w jakiejś kolorowej gazetce sprzedać tę płytę wszystkim, którym siadło “Midsommar”. Ech.
19. Jéricho - De dreit nien (2020)
Ze wszystkich wydawnictw z okolic La Novii, jakoś najbardziej podeszła mi płyta najbardziej skupiona na wokalu, ale też dająca do ręki potężne narzędzia interpretacyjne. Tytuł przewrotny, bo to nie jest muzyka z niczego ani o niczym (tytuł zaczerpnięty z Wilhelma IX Trubadura, a przerabiani są tu również współcześni już Marcelle Delpastre i Jan dau Melhau), ale daje jakże wspaniały oręż w dłoń. “Nie wiem kiedy się urodziłem / Nie jestem ani wesoły ani smutny / Nie jestem ani obcy, ani stąd / i nie mogę nic zrobić, bo rzucono na mnie pewnej nocy urok / Nie wiem kiedy śnię, a kiedy jestem na jawie, dopóki mi ktoś nie powie!” - mordziaty 900 lat temu pisał takie aktualne dziś teksty. Także Jericho i cała La Nòvia nie wychodzi z żadnego niczego, a z tradycji, która walczy o swoje życie z francuskim nacjonalizmem próbującym dokonać kulturowej homogenizacji. Oksytania i Owernia się nie dają.
18. Lyra Pramuk - Fountain (2020)
Zanim pochylimy się nad debiutancką płytą Lyry Pramuk, musimy dla kontekstu cofnąć się do koncertów zwiastujących “Proto” Holly Herndon. Już od pierwszego z nich, na wiedeńskim Hyperreality w 2017 roku, dało się wyczuć aurę wyjątkowości. W wielkim zderzaczu Herndonów pędziły ku sobie uczenie maszynowe i fascynacja śpiewem liturgicznym z Nowej Anglii. Człowieczeństwo w obliczu zagrożeń technologicznych. Technologia w służbie wspólnoty. Rok później, na CTM-ie, osoby z chóru wspierającego Holly dały również krótkie solowe występy, a wśród nich była właśnie Lyra. Na finiszu tej wieloletniej drogi objawiła się płyta “Fountain”, która jest celebracją ludzkiego głosu, możliwości ciała, ale też potencjału wyjścia daleko poza nie. Każdy dźwięk na tej płycie wydobył się z ust, ale niekoniecznie w formie, w jakiej go słyszymy. Te manipulacje przybliżają nas tu zarówno do świata natury, imitując nagrania terenowe, jak i post-humanistycznych wizji człowieka nieograniczonego barierami językowymi. W tak złym okresie, jaki obecnie mamy, Lyra Pramuk daje nadzieję, że może jednak jakoś to będzie.
17. Belmondawg - Hustle as Usual (2021)
Ale tu wjechały egzystencjalne rozkminki Belmodziakowi. Moment absolutnej klarowności uchwycony na idealnie pasujących tu bitach Expo2000. Cieplutkie, zamglone, jakby muskające zaledwie każdą z linijek. Tak dla kontrastu. Mało tu językowej brawury i nie wiem czy coś weszło do mojego języka poza “nie do rozjebania tak jak dom kombatanta”, ale największe wrażenie robią na mnie wszystkie momenty przerażającej samoświadomości. “Captcha, czy jestem człowiekiem nadal? / Po tylu końcach świata, po tylu szarańczach”, “Młody G Belmondziak kontra kontrakt / Uwikłany w sieci, w tle leci Beastie Boys – »Sabotage« / Nie wiem co we mnie obrało tak kręte ścieżki / Niewiele wiem, tego jestem pewny”, czy “Niepotrzebnie się utożsamiłem z gettem / Chciałem sobie strzelić w łeb, ale nie – to by było błędem (Wte i wewte) / Przecież jestem Goethe, a nie Werter”. I coraz mocniej kłuje ta płyta z każdym upadkiem Młodego G. Nie poradził sobie, jak obiecał w “P.S.W.I.S.”, ale pozostaje trzymać kciuki.
16. Floorplan - The Master’s Plan (2024)
Rob Hood to Rob Hood, a nie kto inny. Powtarzam to niemalże trzydziestoletnie powiedzonko Maćka Sienkiewicza z programu Techno Life niczym mantrę, ale to może być najprawdziwsze zdanie dotyczące muzyki klubowej, jakie kiedykolwiek zostało wypowiedziane. Chłop zaczął od jebania systemu jako członek Underground Resistance z Jeffem Millsem i Mikiem Banksem (tu ważne - byłym basistą Parliament!), wynalazł minimal techno, a następnie został pastorem i zaczął włączać elementy muzyki gospel do techno i house’u, wracając w zasadzie do punktu wyjścia, domykając kontinuum czarnej muzyki tanecznej i opowiadając się ponownie za ludem. Jeśli trzeba przywrócić tańcowi wspólnotowość i odbić euforię z rąk neoliberałów, to Floorplan może być naszym drogowskazem. To projekt międzypokoleniowy, duet z Lyric Hood. Ojciec i córka w służbie muzyki house, która będzie wiecznie aktualna i brzmieniowo, i w swoim przekazie.
15. Griffit Vigo - I Am Gqom (2020)
Gqom nie wskoczył na europejską karuzelę festiwalową, a w swojej ojczyźnie nie dość, że oddał palmę pierwszeństwa amapiano, to jeszcze sam zaczął ewoluować w bardzo piosenkową, popową stronę. No i tu wchodzi cały na biało Griffit Vigo i mówi, że on w sumie to pomógł cały ten bajzel wymyślić, więc pokaże jak to się robi naprawdę. “I Am Gqom” to album-deklaracja. Bez zbędnych sampli, wokaliz, eksperymentów z formą, bo w swoim minimalizmie gatunek wydaje się i tak mocno przebodźcowujący. To czysty gqom, surowy, o mocnym basie, do bólu wręcz repetytywny, opresyjny, militarny. Mało dźwięku, a maksimum efektu. Ciągła akcja i natychmiastowa reakcja. Styl Griffita jest niemalże kliniczny, każdy jego track bije absolutnym chłodem, ale ta nieprzystępność rodzi fascynację.’
14. Aya - Too Oh Won Nein (2020)
Był taki moment, kiedy granie editów czy mashupów było czymś radykalnym. Gdy kombatanci muzyki techno sugerowali skupienie na muzyce, nowe pokolenie artystów nie chciało słuchać. Może właśnie to oni lepiej rozumieli, co oznacza bycie prawdziwym artystą w dobie internetu? Lotic zrobiła z “Formation” Beyoncé antytrumpowski manifest. Total Freedom zmieniał przeboje Calvina Harrisa i Rihanny w ścieżkę dźwiękową do przeżywania załamania nerwowego na parkiecie. Aya w tym czasie psociła. Składanka “Too Oh Won Nein” zbiera prawdopodobnie najbardziej kreatywny zestaw przeróbek w historii - pełen żartów i mrugnięć okiem, ale też świetnych pomysłów na rekontekstualizację zarówno brytyjskiej klubówki, jak i nowszej elektroniki. Słucha się tego jak pełnoprawnego albumu, ale uśmiech zastępuje raczej łezka w oku. Bo przyszłość okazała się zgoła inna. Możliwość błyskawicznego oddzielania wokali od podkładu za pomocą nowoczesnych narzędzi zarżnęła scenę klubową tysiącami przeróbek tych samych kilkunastu numerów. Nieważne czy chodzi o drumy, techno czy bouncy, po 2020 cały świat zaczął tańczyć do kilku utworów na krzyż.
13. Odpoczno - Dryf (2022)
Odpoczno robi to, co ja bym radził wszystkim zespołom w tym kraju. Wychodzą od tradycyjnych melodii ludowych i budują na tym nowoczesną muzykę popową. Tu jest i elektronika oraz współczesne techniki produkcyjne, i indie rockowa zadziorność, pewien taki sznyt, który w normalnym kraju wystrzeliłby zespół na wszystkie festiwale po kolei. W dobie męskograniowej, ugrzecznionej, papkowatej muzyki, którą ktoś składa nie w studiu, a w Excelu i alternatyw, którymi są odtwórcze próby przeżycia na nowo alternatywnego rocka we wszystkich formach albo o zgrozo ulizanego jazzu, Odpoczno wychodzi na zupełnie niezagospodarowane pole i mówi: hej, zobaczcie ile jeszcze jest muzyki do zrobienia, ile przestrzeni dla wszystkich. My sobie zrobimy taki poetycki psych rock delikatnie podkręcony elektronicznym pulsem. A wy? A wy kurwa nic nie robicie, tylko marzycie o byciu nowym Dawidem Podsiadłą. Widzę was na playlistach i płaczę po nocach, że kijem Wisły nie zawrócę.
12. Praed - Kaf Afrit (2023)
Chciałum napisać, że to może być jedyna w miarę wesoło brzmiąca płyta na całej liście, ale przegląd lokalnej prasy tłumaczy, że nie ma tu niczego radosnego, a trans, który mogę odbierać pozytywnie, jest raczej wyrazem stanu nawiedzenia i próbą oddania klaustrofobii życia w Kairze. Tytułowy dotyk demona brzmi w tym kontekście nieco oberkowo, ale od pierwszej nutki łatwo zrozumieć jak następuje to opętanie i nie trzeba sprawdzać na wikipedii, co to za XIII wieczny grymuar, który był punktem wyjścia do stworzenia tego materiału. Wystarczy wiedzieć, co się dzieje na egipskich weselach albo było być na OFF-ie, kiedy Islam Chipsy musiał zagrać dogrywkę. Żeby nie było jednak zbyt jednowymiarowo, Praed na upartego wciskają tutaj dużo jazzu, by prawilniakom opadła szczęka - to trochę jakby Wacław Zimpel nagrał płytę disco polo.
11. Raja Kirik - Phantasmagoria of Jathilan (2023)
Jathilan to indonezyjski rytuał, który powstał po dziewiętnastowiecznej wojnie będącej wynikiem powstania przeciwko holenderskim siłom kolonialnym na Jawie. Sroga porażka rebeliantów zakończyła się stratami ponad 200 tysięcy ludzi i wzmocnieniem rządów okupanta. Jathilan pociesza, koi i jednoczy przeciwko opresji. Daje nadzieję, bo pokazuje zwycięstwo dobra nad demonami. I tu wkraczają Raja Kirik, którzy odżegnują się zarówno od egzotyzacji jak i wciskania ich w szufladkę muzyki eksperymentalnej. Duet oferuje kontynuację tradycji, wprowadzając elektroniczne brzmienia i dźwięki własnoręcznie zbudowanych instrumentów. Zamplifikowana warstwa rytmiczna wchodzi w dialog - ironicznie lub nie - z holenderskimi odmianami hardcore techno, a intensywne dźwięki wrzawy i wszelkie inne poprzemysłowe hałasy sprawiają, że rytuał oddziałuje też na przepalone nadmiarem bodźców styki każdego z nas.
10. SHXCXCHCXSH - ......t (2024)
Tour de force współczesnej produkcji cyfrowej. SHXCXCHCXSH zachwycają sposobami, na jakie pchają do przodu trupa, jakim jest dzisiaj zachodnia muzyka elektroniczna. Technicznie wciąż można ich pewnie nazwać projektem techno, bo w jakiśtam poetycki sposób wciąż realizują futurystyczną wizję Juana Atkinsa a swoimi regularnymi nawiązaniami do wody mogą pewnie dorównać Drexciyi, ale abstrakcyjna celebracja glitchy, zgrzytów i szumów konsumuje tutaj w zasadzie każdy z zaburzonych rytmów. Stopa jest często wygłuszona, na pierwszy plan wychodzą melodie, pełne zawijasów, ozdobników, wszelkiego rodzaju brumienia. Fascynujące jest to, jak można upchać tyle dźwięków jeden na drugi, a jednocześnie zrobić z tego materiału dość przystępny easy listening. “......t” jest tym dla techno, czym “Draft 7.30” był dla hip-hopu.
09. Billy Woods & Moor Mother - Brass (2020)
Billy Woods i Moor Mother są najpotężniejszymi głosami współczesnego rapu. To, że dostaliśmy ich wspólny album nie jest może zaskoczeniem, bo często poruszają podobne tematy, ale na pewno jest świętem. “Brass” jest dewastującym odsłuchem, to opowieść o strachu, o cierpieniu, o kolonialnej i rasistowskiej polityce Stanów Zjednoczonych, o spuściźnie brytyjskiego imperium... To nie pierwszy i nie ostatni raz, ale obojgu nigdy nie brakuje pomysłów na to, jak mówić o czarnej historii wciąż na nowe sposoby. Wciąż w ten sam chłodny, precyzyjny sposób, pełen poetyckich mniej lub bardziej, a często po prostu bezpośrednich i bez ogródek odniesień do historycznych wydarzeń jak i czarnej popkultury. Muzycznie duet wypada oszczędnie, bardzo jazzująco, dźwięków jest tyle ile trzeba, by dwa bardzo zmęczone i wkurwione głosy powiedziały, co mają do powiedzenia i wybrzmiały przy tym jak najmocniej. To płytowy odpowiednik tej sceny w “Grzesznikach”, tylko pozbawiony całkowicie rozrywkowego charakteru. Blues pamięta wszystko, o czym zapomniał ten kraj.
08. Lechuga Zafiro - Desde los oídos de un sapo (2024)
Artysta, który próbuje pokazać niewidzialne. Tytuł nasuwa żabią perspektywę nieprzypadkowo i na wielu płaszczyznach. Z jednej strony mamy gigantyczną urugwajską suszę z 2023 roku będącą następstwem postępującego kryzysu klimatycznego, z drugiej galopującą gentryfikację i wymazywanie tożsamości lokalnej w Montevideo. Miałum przyjemność zabookować Lechugę Zafiro na Unsound w 2017 roku. Przeleciał wtedy wraz z bębniarzami z C1080, wielopokoleniowej grupy specjalizującej się przede wszystkim w miejskich paradach. Podobnie jak wiele osób na tej liście, Lechuga Zafiro próbuje stanąć na przekór globalnym trendom, przeciwstawia się relegowaniu konkretnych dźwięków do muzeum czy zamiany ich w atrakcję dla turystów i mutuje rytmy candombe w swoim wyjątkowym, sounddesignerskim stylu. Muzyka, która pozwoliła przetrwać pamięci o niewolniczych społecznościach Afrourugwajczyków wchodzi tak w kolejne stulecie. Pamięć wody może być teorią pseudonaukową, ale o pamięci poprzez muzykę już możemy trochę porozmawiać.
07. Zosia Hołubowska i Julia Giertz - Community of Grieving (2022)
“O jak fałszywe wszystko na tym nędznym świecie, nie ma nic stałego, wszyscy o tym wiecie” to nie z tego nowego Taco Hemingwaya, co dropnął przed świętami, a z klasycznej pieśni żałobnej, która nagle w pandemii okazała się być wciąż tak bardzo aktualna, że odświeżona została kilkukrotnie przez różne zespoły. “Community of Grieving” Zosi Hołubowskiej i Julii Giertz powstało na czas pandemii, próbując połączyć nas we wspólnotę, która może sobie pomóc nawzajem w tym trudnym momencie. Kilka lat później grunt nie wrócił pod stopy, a ten pół-esej, pół-rytuał pozostaje jedną z najbardziej kojących i rezonujących ze mną płyt, jakie kiedykolwiek słyszałum. Te awangardowe nieszpory odbywają się gdzieś na styku muzyki tradycyjnej, elektronicznego sound designu i ASMR. Kiedy krzyczysz o ratunek, Zosia i Julia odpowiadają: słyszymy cię, rozumiemy, jesteśmy tu dla ciebie.
06. Laurel Halo - Atlas (2023)
Atlas, który całkiem ironicznie nie wskaże drogi, kierunku i nie powie nam niczego o świecie. Muzyka na ostatniej płycie Laurel Halo jest mglista, pozbawiona konkretnych struktur i oparta w dużej mierze na dronujących melodiach i delikatnych dźwiękach pianina, ale całość przytłoczona jest maksymalnie ciężarem nieuchronnego rozpadu. To album pandemiczny, powstały w izolacji i nagrany w walce ze stanami, jakie wywołała, olbrzymim zagubieniem i frustracją. Dużo tu pięknych, spokojnych momentów, ale raczej nie ma miejsca na nostalgię, a raczej caretakerowską podróż w głąb szaleństwa.
05. Tarta Relena - Fiat lux (2021)
Niech stanie się światłość! Myśleliście o starożytnym Rzymie niedawno? Mój starożytny Rzym to wizja śródziemnomorskiej kultury bez granic, jaką snują na tej płycie Tarta Relena. Z jednej strony kulturowy tygiel i mieszanka wpływów, na jakie nigdy nie zgodziliby się zwolennicy Europy zamkniętej na imigrantów. Z drugiej umieszczenie w centrum uwagi głosów kobiet, które marginalizowane były w sakralnym kontekście, o który ta muzyka często zahacza. I co ciekawe, jeden z tytułów na tej płycie jest po angielsku i niejako w opozycji do całości. To ten pozbawiony głosu, kolektywności i oparty na zacinających się dźwiękach. No wymowne.
04. Antonina Nowacka - Lamunan (2020)
Nie wiem czy zwróciliście na to uwagę, ale festiwale eksperymentalne, które kiedyś zdominowane były przez post-industrialną muzykę, dziś bardzo mocno wspierają brzmienia z pogranicza ambientu i new age. Wiele rzeczy się domknęło w ciągu ostatnich pięciu lat, ale jedną z nich jest na pewno odczarowanie wizerunku muzyki eksperymentalnej, jako czegoś, co musi być ciężkie, trudne i mroczne. Przełomowa płyta Antoniny Nowackiej jest tego przeciwieństwiem. Słucha jej się lekko i z przyjemnością, jest piękna i tajemnicza, a jednocześnie bardzo ludzka. Historia jej powstania dorównuje legendom opowiadanym przez Pauline Oliveros. Inspiracja akustyką jawajskiej jaskini i próba odtworzenia tego pogłosu na nagraniu, wynosi śpiew Antoniny na poziom muzyki sakralnej czy magii bułgarskich chórów ludowych.
03. Radical Polish Ensemble - Nierozpoznana wieś (2024)
Mimo zwrotu ludowego w literaturze i szerokich dyskusji na jego temat również w mainstreamowych mediach, muzyka ludowa, która próbuje zasypać kilkudziesięcioletnią czarną dziurę pozostaje wciąż niezauważona. Od kilku dobrych lat powstają dźwięki, które mniej lub bardziej otwarcie korespondują z literaturą odczarowującą nasze pochodzenie. To próby zmiany rozumienia tradycji przez Polaków, naród kretyńsko zniesmaczony własnym istnieniem i działający non-stop wbrew własnym interesom, a jednocześnie napisania kontynuacji przerwanych tradycji. To wszystko dzieje się też równolegle do intensywnych badań terenowych. Wieś wciąż jednak pozostaje nierozpoznana. A przecież nawet odczytywana w najbardziej bezpośredni sposób, muzyka Radical Polish Ansambl jest po prostu zwyczajnie zbyt transowa i fizycznie zbyt potężna (sześć skrzypiec!), by przejść koło niej obojętnie. Można nawet powiedzieć, że ładna, choć nie będzie to uroda rozumiana stereotypowo. Piękno odkryte mimo całej swojej surowości, szorstkości i ciężaru gatunkowego. Melodie wiejskich mistrzów, po które sięga zespół, rozwijane są momentami do niemalże filharmonijnego kształtu, ale RPA udowadnia, że muzyczne wynalazki, które przyniosły zabory pruski i austro-węgierski wcale nie górują nad dźwiękami, które mamy od stuleci.
02. Abadir - Mutate (2022)
Abadir twierdzi, że lamenty Marka Fischera i jego spadkobierców o odwołaniu przyszłości są przesadzone i zbytnio osadzone w brytyjskim - lub patrząc szerzej - zachodnim kontekście. I nie dość, że ma racje, to jeszcze dobitnie udowodnił to prezentując album wypełniony futurystyczną muzyką klubową opartą na arabskich rytmach. Jednocześnie, trudno taki materiał egzotycyzować, to nie kolejna pozycja typu world music czy fuzja zachodu ze wschodem, która zazwyczaj kończy się tym, że klasyczne 4/4 zostaje przyprószone odrobiną “dziwnych” sampli. Tytułowa mutacja muzyki tanecznej, jaka zachodzi na tym albumie, daje nam czterdzieści minut fascynująco nowych brzmień, czytelnych pod różną szerokością geograficzną. Banger za bangerem.
01. Chuquimamani-Condori - DJ E (2023)
“Tak brzmią nasze ceremonie wodne. 40 zespołów grających jednocześnie swoje melodie, by odtworzyć kakofonię pierwszej zorzy polarnej i śpiew porannej gwiazdy Wenus”, czytamy w krótkiej notce zapowiadającej album. To chyba najcudowniejsza kakofonia na świecie. Misz-masz tradycyjnej muzyki andyjskiej, boliwijskiego folku i śmietnika amerykańskiego konsumpcjonizmu brzmi z pozoru jak bezładna szamotanina. Brzydota wychodzi na pierwszy plan. Dominuje jazgot i chaos strukturalny. A jednak z tego wszystkiego potrafi się wyłonić harmonia. Objawiają się momenty absolutnego piękna. Pojawia się tu jednak często jakaś taka niesamowita świetlistość, na której tle na pierwszy plan można wysunąć nostalgiczne, wzruszające melodie. W zasadzie cała muzyczna kariera Chuquimamani-Condori to walka o własną tożsamość i środkowy palec dla kolonialnych wpływów w muzyce i naszego zachodniego myślenia mylącego progres technologiczny z progresem społecznym. Ten album to jak dotąd najpełniejsze wyrażenie tych idei.
